Wszystkie promocje

 

 




 

JANUSZ WALCZAK
Dziennikarz, fotograf, żołnierz. 20 lat służby w Marynarce Wojennej (w tym 12 lat jako jej rzecznik), rzecznik Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych, następnie rzecznik Bumaru, teraz we własnej firmie PR. Dawniej dziennikarz Gazety Morskiej, redaktor naczelny miesięcznika Marynarki Wojennej „Bandera”, obecnie współpracuje ze wszystkimi polskimi specjalistycznymi czasopismami zajmującymi się bezpieczeństwem i siłami zbrojnymi. Jego specjalnością są fotoreportaże, w tym również wojenne. 

 

Był wielokrotnie w Afganistanie i Iraku, również w Kongu i Pakistanie. Od dwóch lat współpracuje z Agencją Forum.





Wyleciałem na minie, cztery razy byłem w ostrzeliwanym miejscu, raz strzelano do mnie bezpośrednio i przeżyłem trzęsienie ziemi o skali 6,3.

Z Januszem Walczakiem rozmawia Roman Zabawa

Wywiad dla FOTO 03/2011

 

Skąd zainteresowanie fotoreportażem?
Bardzo banalnie – pierwszy aparat, klasyczny Ami 66, dostałem z okazji konfirmacji. Później fotografowałem dlatego, że sam nie cierpię być fotografowanym. A na dobre zająłem się zdjęciami w pierwszych miesiącach „Gazety Wyborczej”. Jesienią 1989 rozpocząłem współpracę z „Gazetą Morską” – trójmiejską mutacją GW. Robiłem zdjęcia i pisałem. To była wygodna sytuacja, gdzie dziennikarz sam opatruje własne teksty zdjęciami a do tego jest dostępny jako fotoreporter. 
Fotoreportaż to wynik kontemplacji otoczenia. Lubię się szwendać, lubię komunikację miejską, obserwuję ludzi przy ich codziennych zajęciach. Chociaż nie lubię tłumów, nie tylko na ulicach, ale także tłumów fotografów… Wiem, że to może śmieszyć, ale tak właśnie jest.

aaa
aaa
aaa

Co Cię najbardziej cieszy i fascynuje w fotografii?
Nie da się wykreować sytuacji lepiej, niż czyni to rzeczywistość. Nawet nie śniło się fotografom to, co przychodzi im fotografować. Chyba właśnie to jest fascynujące. A tak w ogóle cenię sobie uczucia na zdjęciach, emocje. To bardzo trudne do pokazania i wymaga cierpliwości – często mi jej brakuje, ale mogę powiedzieć, że pracuję na tym.

A co jest dla Ciebie w fotografii najtrudniejsze?
Gdy jestem w strefie wojny to najtrudniejszy jest ból i cierpienie zwyczajnych ludzi. Oni nie walczą, nie są za żadną stroną. Chcą spokojnie żyć, a wojna im to uniemożliwia. A wśród tych ludzi najtrudniejszy jest los dzieci. I to niezależnie od szerokości geograficznej. Wszędzie się śmieją, baraszkują, rozrabiają, gdy są choć trochę szczęśliwe. Często niewiele im do szczęścia potrzeba. W Afganistanie widziałem wielką radość po otrzymaniu szalika, mizernego, niewielkiego, kiepskiego – takiego jakie niektóre kolorowe magazyny dodają swoim czytelniczkom. Ale gdy się nie ma nic, cieszy właśnie coś takiego. Podczas spotkań czy prezentacji zdjęć opowiadam, że dzieciaki w Afganistanie potrzebują zwykłych butów i kolorowych książek do nauki, bo tego nie mają. Tak tłumaczę wojskową obecność w tym kraju, również polskich żołnierzy. Musimy podzielić się swoim dobrobytem. Pamiętajmy, że jeszcze dwadzieścia kilka lat temu cieszyła nas paczka z mąką od organizacji charytatywnej z Zachodu. Kolejną trudnością są ograniczenia techniczne, z którymi trudno dać sobie radę. Pierwsze to waga sprzętu. Zawsze należy mieć na uwadze to, że trzeba go dźwigać na własnych plecach. W związku z tym używam Olympusów, które dają mi niezwykłą odporność na warunki oraz stosunkowo znośną masę w stosunku do jakości, głównie za sprawą optyki o bardzo dobrych parametrach. Nie ma mowy o wymianie obiektywów, w warunkach terenowych. Dwa korpusy to minimum. Drugie ograniczenie to zasilanie. Noszę całe stosy akumulatorów – nigdy nie wiadomo kiedy będzie dostęp do gniazdka, a w większości pojazdów nie ma możliwości podłączenia się. Zresztą często są ważniejsze rzeczy do ładowania, od których zależy życie, jak GPS, radiostacje i tym podobne.

Nie korciło Cię, by zostać typowym fotografem wojennym?
To moje marzenie. Gdy już mnie stać na dobry sprzęt, wyposażenie, mam doświadczenia, kontakty – to stworzyła się sytuacja, że nikt nie ceni zdjęć. Za zdjęcie do kolorowego tygodnika mogę dostać 100 zł a na strony internetowe… 5 zł! Po prostu nie stać mnie obecnie na komfort robienia tego, co mnie interesuje, gdyż nie da się z tego wyżyć. A fotografia wojenna to drogie zajęcie. Nie tylko sprzęt fotograficzny jest ważny. Muszę mieć wszystko to, co ma żołnierz, poza bronią. Kamizelka kuloodporna wysokiej klasy i hełm to wydatek 10-15 tys. złotych (a co ciekawe, w Polsce prywatna osoba nie może tego legalnie kupić), śpiwór polarny na zimę 2000 zł, namiot i karimata kolejne 2000 zł, ubrania, specjalne buty, apteczka, nóż do cięcia poszycia kuloodpornego, latarka i dziesiątki innych rzeczy. Do tego ubezpieczenie – miesięczne ubezpieczenie na życie dla strefy wojny to wydatek 4-7 tys., a polisę trzeba negocjować indywidualnie z ubezpieczycielami. Sumując – fotografia wojenna jest dla mnie pasją, nie zawodem. Zarabiam w inny sposób, by wydawać na fotoreportaż.

Fotografujesz Olympusami. Co spowodowało, że zwróciłeś uwagę właśnie na nie?
Mam dwa korpusy E-3, stary ale nadal świetny E-1 oraz dwa PENy, E-P1 oraz E-P2. PEN to było dla mnie wielkie odkrycie. Szukałem aparatu, który pozwoli na pozostawienie lustrzanki w domu. Próbowałem używać różnych kompaktów, ale nie odpowiadała mi albo jakość albo szybkość lub też filozofia działania – po prostu nie czułem ich, nie były przedłużeniem oka i ręki. Zawsze jakieś obce. Był sprzęt klasyczny, jak Leica, ale nie było mnie na niego nigdy stać. Pojawienie się systemu Micro 4/3 rozwiązało moje problemy. Mam kompaktowe rozmiary, jakość lustrzanki, a do tego mogę zmieniać obiektywy. E-P1 wziąłem do Afganistanu i stwierdziłem, że gdyby miał szczelny i wytrzymały korpus oraz trochę szybszy autofokus, to zastąpiłby lustrzanki. E-P2 jest jeszcze lepszy – ale również nie jest szczelny, a to jednak warunek zasadniczy.

Wystarcza Ci zestaw optyki proponowanej przez Micro 4/3 Olympusa czy może wspierasz się jego obiektywami 4/3 lub pochodzącymi od producentów niezależnych?
Z PENami używam szkieł Micro 4/3 i oczywiście szkieł 4/3 przez adapter MMF-1, poza zoomem 35-100 mm f/2, którego PEN nie jest w stanie zasilić. Mam kilka szkieł Micro 4/3, ale największą przyjemność sprawia mi Panasonic 20 mm f/1,7 dzięki swojej jasności. Przypięty do E-P2 stanowi, wraz ze świetnym wizjerem, mój ulubiony zestaw.

Co uważasz za najważniejsze w tej fotografii, którą uprawiasz? Umiejętności fotograficzne, znajomość tematu, podejście do ludzi?
Istotą fotografowania wojska i przy wojsku jest współpraca z ludźmi. Jesteśmy często wszyscy narażeni na niebezpieczeństwo utraty życia. Wyleciałem na minie, cztery razy byłem w ostrzeliwanym miejscu, raz strzelano do mnie bezpośrednio i przeżyłem trzęsienie ziemi o skali 6,3. Przede wszystkim dziennikarz nie może być kulą u nogi. Każda obca osoba w patrolu to jedna lufa mniej do obrony – to trzeba mieć na uwadze. Nie naruszam zasad bezpieczeństwa, nie biegam gdzie chcę, nie szukam kadrów gdzie mi się podoba, ale tam, gdzie mi pozwalają moje duchy, jak nazywam żołnierzy odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Staram się poznać moich przyszłych towarzyszy jeszcze przed wyjazdem na wojnę. W kraju jeżdżę na ćwiczenia z nimi, staram się rozmawiać z dowódcami, żołnierzami. 

Później, już na miejscu w Afganistanie nie tracę czasu na „obwąchiwanie się”. Jeśli złamię zasady i kogoś narażę, będę wyklęty i mogę wracać do kraju. Jeśli będę przestrzegał zasad, to dobra wieść się rozchodzi i żołnierze sami zapraszają do swojego towarzystwa. A jest co pokazywać, gdyż ci, którzy jadą do Afganistanu to w znacznej większości profesjonaliści i doceniam to z perspektywy moich ponad 20 lat służby w armii. Do tego wielu z nich mówi z wielką pasją o swojej pracy i misji – mówią, że chcą nieść spokój i wolność oraz chronić swoich bliskich i współobywateli.

Tematyka wojskowa wydaje się być zarezerwowana dla wąskiej grupy fotografów, mających oficjalne „wejścia”. Co radziłbyś fotoamatorom zainteresowanym tym 
tematem? Czy mają szanse robić zdjęcia nie tylko na otwartych dla publiczności pokazach? Od czego zacząć? Od zdobycia legitymacji prasowej czy może 
ważniejsze jest znalezienie dojścia do dowódcy jednostki i pochwalenie się przed nim już zrobionymi dobrymi zdjęciami?
 

Fotografowanie wojska nie jest zarezerwowane dla specjalnych fotografów, ale z pewnością wymaga większej cierpliwości i dobijania się do wojskowych bram. Nie zawsze też zapewnia 
satysfakcję z wykonywanej pracy. Zdarza się, że umówiona i obgadana wcześniej sytuacja zmienia się radykalnie, bo jakiemuś przełożonemu nie spodoba się, że jest na miejscu dziennikarz. I to z wielu powodów: obraża się, że go nie powiadomiono lub zwyczajnie zazdrości, że to nie jego fotografują i utrudnia pracę. Satysfakcja jest wielka głównie wtedy, gdy dowódcy stosują zasadę wcielenia dziennikarza do jednostki. Jestem wtedy takim niby żołnierzem, tylko z aparatem, nie karabinem. Procedura embeda (z ang. embedded: wcielony) jest rzadko stosowana, czasami opacznie rozumiana przez polskich wojskowych, ale na Zachodzie na tym opiera się praca dziennikarza z wojskiem i to głównie fotografa. 

 

Oczywiście trzeba spełniać warunek samowystarczalności w sprzęcie i wyposażeniu oraz być gotowym na niesprzyjający żołnierski los na poligonach. Zaczynać można spokojnie od oficjalnych pokazów i prezentacji, świąt jednostek i innych publicznych przedsięwzięć. Jeśli dotrzemy z takimi zdjęciami do odbiorców, zamieścimy w prasie lub Internecie, zaniesiemy do dowódcy jednostki kilka odbitek do Sali Tradycji – powoli dostaniemy dostęp do tego, co dzieje się za płotem jednostki. Warunkiem jest jednak to, by lubić wojsko i żołnierzy, a nie szukać taniej sensacji. Warto zaczynać od fotografowania grup rekonstrukcyjnych czy też organizacji proobronnych, jak Związek Strzelecki „Strzelec” i dzięki identyfikacji z ich ideami trafić do jednostek wojskowych.

 

Z Januszem Walczakiem rozmawiał Roman Zabawa

Wywiad dla FOTO 03/2011



 

 

<

Feel Afghanistan


 

<



>> Powrót do Pasjonatów





 


Aktualności Produkty Pobierz Pasjonaci Serwisy

Aktualności

Nowości

Cennik

Marcin Dobas

E-M1 Service Plus

Promocje

Aparaty

Katalog

Jacek Kowalczyk

OM-D

RSS

Audio

Reklamy

Janusz Walczak

PEN

Akcesoria

Logotypy

Wacław Wantuch

Olympusclub.pl

Lornetki

Sebastian Kawa

Facebook

© Olympus

Terms of Use

Ochrona prywatności

Znak firmowy

Cookies